"Wiosenny spacer", czyli Beskid Żywiecki w 24h
Wyprawy
2007-04-20
Hmmm… niestety ten miły spacer zajął troszkę więcej niż było w planie ale cóż… spacer wiosenny to był, tyle że po śniegu. Taki lekko „nienormalny” pomysł zrodził się w mojej głowie już dawno ale niestety zawsze brakowało chętnych i tych, którzy podzielali by mój entuzjazm. Jednak i tacy się znaleźli i w ten ponad 90-kilometrowy spacerek wybraliśmy się w trójkę czyli ja jako pomysłodawca, Szymon Jarek i Jasiek Kotwica.
Miejsce spotkania- Zawoja Markowa, czas- Śmigus Dyngus(09.04.2007), godz. ok. 17 I tak też się stało, postanowiliśmy spalić świąteczne kalorie co chyba nam się udało i to z nawiązką :) I wszystko by było tak jak mój plan zakładał….tylko skąd w tych Beskidach wziął się ten cały śnieg skoro w tym roku prawie zimy nie było. Hmm, jednak było go w nadmiarze i to przypłaciliśmy bagnem w butach, i walką z mokrymi skarpetkami przez ponad 20h. Ale od początku! Wystartowaliśmy dokładnie o 16:52 i ruszyliśmy jak z kopyta, po niecałej godzinie minęliśmy Schronisko na Markowych Szczawinach tym samym wchodząc w strefę wiecznego śniegu;). Długo się nie zastanawialiśmy i już mknęliśmy zamkniętą Percią Akademików na szczyt Diablaka czyli Babiej Góry. Zdążyliśmy jeszcze przed zachodem słońca. Jak to na Babiej, wiało jak diabli, wiec 5 minut i już droga w dół na Małą Babią i granicą w stronę Przełęczy Jałowieckiej. Tempo mieliśmy ojj… szybkie, jak Jasiek prowadził to momentami prawie biegliśmy. Ja z Szymonem, tylko dziwne spojrzenie na siebie i biegliśmy za nim, choć nie do końca nas to zachwycało. Zawarliśmy umowę że co godzinę robimy 5 minut przerwy, przecież trochę odpoczynku się każdemu należy. I tak mknęliśmy, brodząc w śniegu i starając się wybierać ten troszkę twardszy i ubity. Tak sobie szliśmy i szliśmy zmieniając się na prowadzeniu ale już po kilku godzinach było widać że ekipa słabnie, oj mimo że humorki dopisywały to chłopcy zaczęli „zamykać się w sobie”. I tylko pilnowali aby przerwy były o umówionym czasie co nie zawsze mi pasowało, bo robić odpoczynek przed samym podejściem moim zdaniem nie ma sensu bo później jest jeszcze gorzej, ale cóż… oni byli odmiennego zdania. Mój plan specjalnie zakładał pokonanie pierwszego odcinka w nocy bowiem idąc najpierw cały dzień to wieczorem morale słabną i łatwiej o brak wiary w siebie i we własne siły. I noc w mokrych butach też nie byłaby rewelacją! Przed dojściem do Przełęczy Glinne i przejścia granicznego mieliśmy tylko 2 drobne problemy nawigacyjne, które na szczęście nie kosztowały nas zbyt dużo straconego czasu. Czerwony szlak graniczny jest dość dobrze oznakowany, a dodatkowo posługiwaliśmy się słupkami granicznymi, które nam pomagały w razie wątpliwości. Kurcze, tylko nie spojrzeliśmy jaki słupek stoi na szczycie Babiej(tzn z jakim oznaczeniem), ale trudno. W okolicach Beskidu Krzyżowskiego, już za przeł. Głuchaczki musieliśmy trochę powalczyć z powalonymi drzewami których było bez liku!!! I jak to bywa, są działania są i straty:( niestety… tak wiec w tym gąszczu chaszczy i gałęzi przez które się przedzieraliśmy straciłam część mojego kijka trekkingowego. Oj, i to po 7 godzinach marszu a wizja kolejnych kilkunastu z jednym kijkiem odbierała mi chęci do dalszego wysiłku. Ale się zawzięłam, bo co, wycofywać się z takiego powodu… NIE!!! I szlam dalej, z jednym kijkiem ale za to zmotywowana i bojowo nastawiona, a raczej wkurzona na Jaśka, który nie raczył pomóc mi i Szymonowi w szukaniu zgubionej części, a tylko sobie siedział i odpoczywał, grrr :/ Niebo na zmianę zasnuwało się chmurami i pojawiały się gwiazdy, tylko modliliśmy się żeby nie padało bo to by raczej zmniejszało nasze szanse ukończenia trasy. Na Przełęczy Glinne byliśmy o ok. 1 w nocy i tam zrobiliśmy pierwszy dłuższy odpoczynek, całe 20minut z zegarkiem w ręce i już drałowaliśmy pod górę na Halę Miziową. Tym razem trochę nam się dłużyło i wyrobiliśmy prawie czasówkę według mapy- czyli słabo. W schronisku zrobiliśmy sobie gorącą herbatę i zmyliśmy sól z naszych twarzy. Szymon z uśmiechem patrzył na leżące w środku materace, oj miał ochotę się po prostu położyć i zasnąć. Ze zdobywania szczytu, ku mojemu niezadowoleniu, zrezygnowaliśmy ale chłopcy mieli już dosyć podejść. Powiedzieli stanowczo i zgodnie- „na szczyt nie idziemy!” Wizja dalszej drogi była optymistyczna godz. 3:40 czyli za kilka godzin będzie jasno, ale nigdy lekko nie ma i zawsze coś… tak wiec na Hali Miziowej znowu coś czyli pół godziny szukania szlaku bo śniegu było mnóstwo i wiele dziwnych śladów ratraka, narciarzy czy czegoś jeszcze dość mocno nas zmyliły. Ale się udało… maszerowaliśmy dalej. Upragnione Trzy Kopce i w końcu odbijamy z czerwonego szlaku który nam towarzyszył od dłuższego czasu- ok. 10h. Ale granica i słupki wspierały nas aż do Krawców Wierch. Zaczynało widnieć ale mimo to lżej nie było, dokładnie co godzina przerwa na kilka minut- herbatka, coś „na ząb” czyli trochę kalorii i w dalszą drogę. Śnieg stawał się miękki i teraz już walczyliśmy aby się nie zapadać i uważnie stawiać stopy. I tak po 7 dotarliśmy do Bacówki na Krawców Wierch, gdzie jednocześnie na kilka godzin wyszliśmy ze strefy „wiecznego śniegu”. To już prawie był koniec zmagań dla Jasia, nie miał ochoty więcej maltretować i znęcać się nad swoimi stopami i po zejściu do pierwszej wioski- Glinki pożegnał się z nami i w końcu ściągnął buty. Oj, ulżyło mu wtedy! I co, zmienił skarpetki, włożył stopy w worki foliowe i znowu zanurzył je w bagnie butów:) A my ruszyliśmy dalej… szło się fajnie, bez śniegu, małe pagórki ale na myśli już mieliśmy strome i długie podejście pod Wielką Rycerzową. Ale najpierw dotarliśmy do Soblówki gdzie Szymon toczył wewnętrzny monolog czy iść dalej czy nie. Jego stopy też już nie czuły się najlepiej a ścięgno Achillesa zaczęło dawać o sobie znać i dziwnie piec. Wiec to przestało być śmieszne… jednak tyle już przeszliśmy i szkoda chyba było się poddawać wiec też tylko zmiana skarpetek na suche (choć takie krótko bardzo pozostały) ale zawsze samopoczucie lepsze. Wtedy ja też się zastanawiałam czy poszłabym dalej, ale tyle już przeszliśmy i od tak dawno marzyło mi się żeby tę trasę przejść wiec i tak bym poszła dalej - sama. Była godzina ok. 12 czyli jeszcze prawie 8 godzin pozostawało za dnia więc maszerowałabym dalej. Szymon zacisnął zęby i ruszyliśmy w dalszą drogę. Już wiedzieliśmy że w 24h nie zdążymy. Podejście na Rycerzową faktycznie nie było łatwe tym bardziej, iż powróciło to coś białego co kiedyś spadło z nieba i z niewiadomo jakich przyczyn jeszcze zalegało na ziemi, hmm… tak tak, strefa „wiecznego śniegu” znowu nas dopadła i brnęliśmy w niej do zejścia z Wielkiej Raczy czyli prawie do końca. W Bacówce pod Rycerzową nadeszła chwila na dłuższą przerwę, prawie 40 minut leniuchowania, oj co za miłe uczucie;) Szymon zjadł żurek (jego myśl przewodnia- „z żuru chłop jak z muru”) a ja pozostałam przy kanapkach. Miło było posiedzieć ale… komu w drogę temu czas wiec opuściliśmy miłą bacówkę i kierowaliśmy się w stronę Przegibka, gdzie czekał nas powrót na czerwony szlak graniczny. Równo po godzinie Szymon upomniał się o przerwę, oj już mu było bardzo ciężko co było widać. Walczył z sobą i z każdym krokiem ale walczył… sam mówił że już nie wiem gdzie idzie ale szedł krok za krokiem. To już była nasza 21h marszu. Wtedy sobie myśleliśmy o mastersach startujących w BWC i tym samym ich podziwialiśmy. Ja też już zaczęłam czuł dość znaczny dyskomfort ze względu na panujące warunki w butach czyli bagno i tylko bałam się aby moje stopy totalnie się nie zniekształciły. Ostatni odcinek na Wielką Raczej był najgorszy bo zaczął padać deszcz, a momentami wręcz lało czyli hmmm…. to samo środowisko otaczało nas z każdej strony czyli woda!(w różnych stanach skupienia). 3 h z Przegibka na Raczę wg.mapy zajęły nam więcej czyli ok. 3h30 minut i przyznaję już nam się nie chciało, nawet mnie. Ze względu na bolące stopy zaczęłam dziwnie stawiać nogi co było przyczyna bólu w biodrze i pachwinie, nie wspominając już o przeciążonych kolanach czego bałam się najbardziej! Ale myśl że już niedaleko dodawała nam sił i krok za kroczkiem, staraliśmy się zapomnieć o myśli że mokro i niewygodnie, ale zawsze do przodu. Jeszcze przed dotarciem do schroniska ustaliliśmy że nie schodzimy do Zwardonia tak jak zakładał mój plan a do Rycerki Kolonii. I tak Beskid Żywiecki przeszliśmy wiec nie ma już co sobie udowadniać i się zabijać na siłę, a przyznam że już zaczęłam się martwić o Szymona, który zaczął mieć jakieś dziwne zwidy, widział dach schroniska za drzewami (gdzie wcale go nie było) a także 2 razy w czasie przerw po prostu…zasnął. To chyba był już kres możliwości… Dzięki zejściu do Rycerki skróciliśmy sobie drogę o ok. 2,5 h ale to już było mniej ważne. Cieszyliśmy się, iż daliśmy radę i tylko Szymon poprosił mnie żebym następnym razem wymyśliła sobie inny sposób spędzania czasu wolnego (jego propozycje to np. wizyta towarzyska w knajpie czy też turniej chińczyka:) ) Lało i lało, ale i tak byliśmy mokrzy od stóp do głów wiec nie robiło to na nas wrażenia… W Rycerce usiedliśmy na przystanku PKSu na krawężniku i pogratulowaliśmy sobie nawzajem, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie, a i mieliśmy szczęście bo nie tak długo przyszło nam czekać na busa który dowiózł nas gdzieś bliżej w stronę cywilizacji.
Ostatni słupek graniczny jak widzieliśmy na Wielkiej Raczy miał liczbę 163,6 i choć nie wiemy jaki dokładnie widniał na Babiej (ale ok. 80) to oszacowaliśmy iż przeszliśmy ponad 90km(może nawet 100??) , pokonując taką różnicę wysokości że nawet nie chcieliśmy jej liczyć, zdobyliśmy wszystkie szczyty Beskidu Żywieckiego, oprócz Pilska, w śniegu a zajęło nam to dokładnie 25h i 55 minut. Myślę że w warunkach letnich spokojnie można zejść poniżej 24 a nawet 20h! (może kiedyś to sprawdzimy:) ) Wg czasówek z mapy trasa ta zajmuje 29h czyli całkiem nieźle nam to poszlo!
Ogólnie pomysł uważam za dobry, ale chyba nie na kwiecień…. Bo mój doskonały plan pomijał bagno w butach i zmasakrowane stopy ale cóż… nie jest źle bo piszę te słowa 3 dni później i już chodzę normalnie i „prawie” mi nic nie dolega czyli jest ok.!!!
Wiec kto jest chętny na następny spacer???? Hmm…. W planach Główny Szlak Beskidzki czyli 519km, ale tym razem z dłuższymi przerwami:)
Ala
|