Polska na Euro 2008 !
Aktualności
2007-12-04
Dobiegły końca eliminacje do Euro 2008. Eliminacje jakże szczęśliwe dla nas, bowiem zakończone historycznym awansem reprezentacji Polski. Awansem, który jeszcze na początku, tuż po falstarcie z Finlandią, wg wielu był niemożliwy do osiągnięcia. A jednak – jesteśmy na Euro!
Stało się to faktem i w głównej mierze jest to zasługa Leo Beenhakkera, choć początków, jak wiemy, nie miał łatwych. Po dwóch pierwszych meczach reprezentacji (przedtem jeszcze towarzyska porażka 0:2 z Danią) pod jego wodzą niemal wszyscy wieszali na nim psy. Naturalnie, obecność na stanowisku obcokrajowca, musiała podrażnić wielu przedstawicieli tzw. „polskiej myśli szkoleniowej” (choć wielu się zastanawia, czy takowe pojęcie w ogóle istnieje), lecz chyba nikt spośród ówczesnych antagonistów Holendra nie przypuszczał, że nowy szkoleniowiec dość szybko utemperuje ich zawistne postawy, po prostu robiąc swoje, mierząc się niemal do końca eliminacji z niekiedy bezpodstawną, a innym razem uzasadnioną krytyką. Na dłuższą metę wyszło jednak, że rację ma „Latający Holender”, jak to często nazywano Beenhakkera w naszym kraju.
Beenhakker szybko poznał wszystkie najgorsze strony mentalności Polaków i bynajmniej nie chodzi tu o piłkarzy. Dokładnie tak jak powiedział Michał Żewłakow w jednym z wywiadów, Leo i spółka po klęsce z Finami w Bydgoszczy po prostu zostali sami. Po tym ciosie sami musieli się podnieść i sami udowodnić zaciekłym ujadaczom, że to nie jest koniec polskiego futbolu na europejskim poziomie, a wręcz przeciwnie. Błyskotliwy debiut Radosława Matusiaka uwieńczony piękną bramką, oraz ogólnie niezłe spotkanie całej drużyny (z wyróżnieniem Mariusza Lewandowskiego, który rozegrał pierwsze dobre spotkanie w reprezentacji na pozycji defensywnego pomocnika) w zakończonym remisem pojedynku z Serbią dawało spore nadzieje, że biało-czerwoni będą mieli spory pożytek z pracy Beenhakkera.
Po ciężko wymęczonym wyjazdowym zwycięstwie z Kazachstanem, przyszedł czas na prawdziwy koncert w wykonaniu naszych Orłów. Każdemu nawet najmniej zagorzałemu kibicowi mecz z Portugalią zapadł w pamięć na bardzo, bardzo długo. Otóż 11 października w Chorzowie, jak to napisał Adam Godlewski – dziennikarz „Piłki Nożnej”, mecz życia wyszedł aż jedenastu facetom naraz. Wojciech Kowalewski swoimi odważnymi interwencjami na przedpolu dawał pewność tylnym formacjom. Jacek Bąk i Arkadiusz Radomski imponowali spokojem i doświadczeniem na środku obrony. Paweł Golański i Grzegorz Bronowicki dzielnie powstrzymywali Cristiano Ronaldo i Simao Sabrosę na skrzydłach, a sami też świetnie włączali się w akcje ofensywne. Kawał dobrej roboty w defensywie wykonali też Radosław Sobolewski i (w szczególności) Lewandowski. Momentami wręcz wiatraki robił z portugalskich obrońców Jakub Błaszczykowski, wreszcie nie był bezproduktywny Grzegorz Rasiak, a jak prawdziwy lider zespołu zagrał Maciej Żurawski. Niestety słusznie mówi się, że był to ostatni jak do tej pory dobry występ „Żurawia” na arenie międzynarodowej. Za to wręcz bohaterem narodowym był (i nadal jest) Euzebiusz Smolarek, zdobywca dwóch goli, bożyszcze polskich kibiców. Ciekawe tylko jak długo zajmie Ebiemu podbicie serc fanów Racingu Santander, w którym obecnie występuje.
Natomiast po meczu z Belgią, kończącym ubiegłoroczną jesienną walkę o punkty, zapanowała moda „na Matusiaka”. „Matugol” przewodził w klasyfikacji strzelców Orange Ekstraklasy, a dzięki bramkom w reprezentacji stał się prawdziwą gwiazdą. Wydaje się jednak, że popełnił błąd, wyjeżdżając tak wcześnie zagranicę, i to akurat do włoskiego Palermo, gdzie przez pół roku raptem zagrał 3 mecze (swoją drogą zdobywając nawet jedną bramkę). W holenderskim S.C. Heerenveen również nikt mu nie podaruje miejsca w składzie, a swoją wartość tak naprawdę będzie musiał udowodnić w tym sezonie. Choć myślę, że bilet na Euro ma już dawno zapewniony, gdyż jest jednym z ważniejszych ogniw w koncepcji Beenhakkera (no i zresztą obok Łukasza Garguły jego największym odkryciem).
Później wszystko szło zgodnie z planem, aż do momentu porażki z Armenią na bardzo trudnym terenie w Erewaniu. Beenhakker na krytykę, w szczególności w tamtym momencie reagował dość nerwowo. W wywiadach prezentował chwilami wręcz arogancką postawę i sprawiał wrażenie, jakby prowadził tę kadrę z łaski. Tak naprawdę postawa, jaką przyjmował wobec mediów mogła wzbudzać dość spore zdziwienie, gdyż tak doświadczony trener, który z niejednego pieca chleb jadł, tak impulsywnie reaguje na wszelką krytykę. Trzeba powiedzieć, że atmosfera budowana wokół kadry podczas eliminacji nie była najlepsza, mimo że tak naprawdę, obiektywnie rzecz biorąc, gra biało-czerwonych już dawno nie wyglądała tak dobrze jak teraz – ani za Engela, ani za Janasa.
Późniejsze remisy z Portugalią i Finlandią również były różnie odbierane. Dla jednych dwa punkty zdobyte w tych spotkaniach to dużo, dla innych to mało. Było to bez znaczenia, gdyż w tych eliminacjach prócz doskonałej gry nasz zespół miał również dużo szczęścia. Naszym największym rywalom zdarzały się również wpadki podobne do tej naszej z Erewania. Pamiętne ze swoich specyficznych powodów zwycięstwo z Kazachstanem w Warszawie, oraz nie rewelacyjne, lecz zdecydowane z Belgią (po dwóch golach Smolarka) dały nam upragniony, pierwszy w historii awans do Mistrzostw Europy. Awans, który miał też swoich indywidualnych bohaterów: Boruca, Błaszczykowskiego, Krzynówka, Smolarka, Matusiaka, czy też Lewandowskiego, Bąka i Żewłakowa.
Leo Beenhakker w historii polskiej piłki już jest wpisany na stałe. Jego dzieje przez te eliminacje wyglądały różnie, w ostatecznym rozrachunku trzeba jednak stwierdzić, że wrażenie pozostawi po sobie raczej pozytywne (chyba że na Euro się skompromitujemy tak jak na dwóch poprzednich mundialach). Prowadząc reprezentację Polski stworzył jej własny styl, nauczył ją wygrywać z najlepszymi (czego nie potrafili Engel i Janas) i doprowadził do tego, że najzagorzalsi przeciwnicy Holendra teraz nagle stali się jego przyjaciółmi (wspomniany Engel). Jeżeli praca Leo z kadrą ma być długoterminowa, ma on dość ciężkie zadanie. A mianowicie ciąży na nim rozwój polskiej piłki. I trzeba powiedzieć, że przez te niespełna półtora roku pracy z kadrą zrobił więcej, niż Janas przez trzy lata (pamiętne stwierdzenie Janosika, że w kraju mamy dwustu Szetelów). Leo pamięta o młodych talentach i przy każdej okazji meczów towarzyskich sprawdza każdego, kto mu wpadł w oko (ostatnio Tomasz Zahorski i Rafał Murawski). I nieważne już, czy powoływał Ireneusza Jelenia czy nie (miejmy jednak nadzieję, że w porę oprzytomnieje i dołączy go do kadry). Nieważne, że wbrew temu, co mówił obejmując stanowisko, powołuje do kadry piłkarzy siedzących na ławkach w swoich klubach, a kapitanem jest Żurawski, dla którego nawet ławka w Celtiku Glasgow jest zjawiskiem sporadycznym. Zapomnijmy na razie o projekcie Euro 2012 przygotowanym przez Wydział Szkolenia PZPN pod kierownictwem Jerzego Engela i rzekomo przygotowanym bez jakiejkolwiek konsultacji z Beenhakkerem. Nieważne jest nawet to, że język polski dla znającego 5 języków szkoleniowca okazał się za trudny.
Polska piłka ma wiele oblicz, można na nią patrzeć z wielu stron. Ale jedno jest pewne: grupa z Austrią, Niemcami i Chorwacją jest grupą, z której wyjście jest jak najbardziej realne.
Krystian Krupiński
UltraSport.pl
|