Elbrus - relacja z wyprawy Klubu Górskiego "Olimp" AWF Wrocław
Wyprawy
2007-06-08
Nie było jak zwykle …nie był to maj nie było saskiej kępy, własnych aut i sporej ekipy…
Było za to dużo niewiadomych, długie przejazdy pociągami, przeciężkie plecaki i nasza czwórka czyli Ewa Popławska, Alicja Sidor, Andrzej Studziński i Marcin Nosek- autor tych słów …
W zasadzie miało być lekko, łatwo i przyjemnie. Z zaufanych źródeł dowiedzieliśmy się co i jak - ”stary – trasery są tak duże że nie sposób ich nie zobaczyć” , „droga prosta jak drut- przy dobrej pogodzie nie sposób się zgubić” , „bez problemu dacie radę”…takie informacje nastrajają nie inaczej jak tylko pozytywnie więc pełni energii i z bananami na twarzy dopinamy plecaki i poszli…
Hasło wyjazdu- IDEALNIE
Moment, moment … ktoś powiedział idealnie? he he
Po pierwsze podróż… podróż była bardzo daleko od idealnie…weźmy np. pod uwagę czas czyli 46 godzin przesiedzianych w pociągu nie jest na pewno blisko idealnie…tak samo smród, nie otwierające się okna, smród, męczący co niektórych kac i smród.
Droga mało oryginalna(wiadomo-czas się liczy). Przejście w Medyce oznacza niekończące się kolejki-które suma sumarum jakoś po 2 godzinach stania udaje się zostawić za plecami dzięki „łaskawości” ukraińskich celników. Inaczej pół dnia stania bez jęknięcia w okratowanej jak wybieg dla małp kolejce.
Niech mi ktoś spróbuje powiedzieć, że stosunki pol-ukr są dobre…kto tak mówi nie stał na przejściu w Medyce i nie ma pojęcia o tym co się tam dzieje. Zapraszam serdecznie. Swoją drogą zastanawiam się jak wyjdzie nasze wspólne Euro 2012…czas pokaże ale na pewno nie jeden cud będzie potrzebny i niejedna afera z tego powodu wybuchnie. To, że ludzie są mili sympatyczni etc to jedno ale…
Zwiedzamy Lwów, podziwiamy UROKI miasta zabytki też podziwiamy. Wieczorkiem „wbiliśmy” na wieżę ratuszową, wieczorkiem „wybijamy” z wieży na miasto…no i wiadomo- soków degustacja. Gdzieś w przerwie jakieś pierożki ( czyli „wiereniki”) czy coś o konsystencji stałej a później jeszcze taki mały soczek…i zasypiamy u jakiejś Pani w mieszkaniu. Znajoma naszych znajomych z przed roku. Wcześniej zostawiliśmy tam nasze znienawidzone już dawno toboły o średniej wadze jakichś 3 ton.
Budzimy się kolejnego ranka…właściwie to prawie wszyscy się budzą…syndrom dnia powszedniego daje się we znaki co niektórym degustatorom. Połykamy oczami jeszcze nieco Lwowa i wsiadamy do pociągu. Wcale nie byle jakiego Mamy swoje miejsca leżące, nie otwierające się okna i jakąś setkę grubych, zmęczonych, pocących się osób jako sąsiadów. Doklepujemy się tak czasem szybciej czasem wolniej czasem na luzie czasem w ostatniej chwili do Mineralnych Wód. Nie obeszło się również bez łapówek i innych „normalnych” na ichniejsze warunki niespodzianek. Biurokracja w Rosji przechodzi samą siebie ale to rozdział na osobną relację. My musieliśmy zapłacić za rzekome złamanie paragrafu 203… czymkolwiek jest paragraf 203. Podszedł do nas celnik na granicy ukr-ros i oświadczył ze stoickim spokojem złamanie owego paragrafu. My jak takie małe głupie dzieci wierzymy mu i próbujemy się tłumaczyć, że to, że tamto…na nic się to oczywiście nie zdaje a chęć dotarcia pod naszą górę jest zbyt duża by udawać twardych i skazywać się np. na czekanie aż nas puszczą a nasz pociąg odjedzie więc równie kulturalnie dajemy w łapę i spadamy czym prędzej dalej. Po załatwieniu w końcu formalności i dotarciu do miejsca gdzie droga się kończy – czyli pod stoki Elbrusa ok. godziny 17ej zaczynamy wielki przeładunek. Sporą część naszych tobołów pozostawiamy u bardzo miłej Pani w restauracji u podnóża góry w Terskolu, resztę wrzucamy na plecy i o najbardziej odpowiedniej godzinie na wyjście czyli o 19ej (yhm) ruszamy w kierunku drugiej stacji kolejki znajdującej się na prawie. 3000 m n.p.m. Oczywiście dochodzimy już w świetle czołówek lecz przewyższenie ok. 750 metrów pokonaliśmy w czasie ok. 2,5 godziny – nieźle. Na dodatek nie musimy rozbijać namiotów i śpimy w stacji kolejki na podłodze – idealnie? hmmm… nie narzekamy – jest gicior.
Rankiem dnia następnego otwieramy oczy i w towarzystwie pięknych widoków ruszamy dalej pod górę. Mijamy trzecią stację kolejki, później beczki po paliwie rakietowym przerobione na miejsca do spania i wczesnym popołudniem docieramy do schroniska Priut położonego na 4100 m.n.p.m. Pod koniec marszu pogoda się popsuła i do schroniska wpadamy już w towarzystwie tego okropnego czegoś co wciska się wszędzie i silnego wiatru, który wszędzie wciska to okropne coś. Pada i pada i tak pozostanie z małymi przerwami przez pięć dni.
Po dojściu do siebie, wstępnym ogrzaniu się i wrzuceniu czegoś na żołądek rozbijamy z wielkim trudem namioty. Gdyby nie zakupiona przez Alę przed wyjazdem w ostatniej chwili łopata miejsca do spania przygotowywalibyśmy chyba menażkami co zapewne trwałoby jakieś 600 lat. Staliśmy się jednak na kolejny tydzień szczęśliwymi posiadaczami klaustrofobicznych pomieszczeń nazywanych przez nas domem. I oto proszę! Jakiej wartości może nabrać kawałek szmaty nad głową…ech… znów daleko od idealnie…ale co zrobić…jest dobrze
W zasadzie większość czasu w ciągu dnia możemy przebywać w schronisku (temperatura w środku ok. 0 stopni) siedząc przy stole, oddając się samym najwspanialszym przyjemnościom oferowanym przez tamtejsze warunki, takim jak: ogrzewanie własnego ciała, topienie tego białego czegoś z dużą ilością syfu celem ugotowania jeszcze większego syfu z dużą ilością witaminy E, obmyślaniu planu działania na najbliższe dni (jakbyśmy mieli nie wiem ile opcji) i wizytach w „toalecie” w której prawo grawitacji najprawdopodobniej zbankrutowało. W zasadzie to dobrze, że była owa toaleta, lecz załatwianie swoich potrzeb w niej miało osobliwy urok.
Chodzi o to, iż nasza latrynka to drewniana platforma nad przepaścią posiadająca 1 drzwi, 2 dziury, 3 ściany i dach. Drzwi, dach ściany rozumiem ale po co 2 dziury - nie mam pojęcia. W każdym razie wiatr dmuchający od spodu powodował, że nasikać sobie na plecy lub twarz(w zależności od pozycji) nie było większym problemem a papier toaletowy po wcześniejszej próbie wrzucenia go do dziury fruwał po pomieszczeniu jak skowronek, który spokojnie mógł zaraz narobić Ci na głowę lub wylądować na ramieniu…mistrzostwo po prostu Jednak zaletą naszego kochanego kibelka była niższa temperatura jaka w nim panowała i każdy po powrocie do schroniska cieszył się, że już mu jest cieplej i że pewne części ciała powracają do naturalnych rozmiarów. Ot historia kibelka
Noce też były dobre- padający śnieg skutecznie potrafi zmniejszyć ilość miejsca w namiocie, którego na wstępie za wiele nie było. Wilgoć powstająca w trakcie oddychania, odkłada się na ściankach namiotu a, że miejsca jest mało (później jeszcze mniej, wiadomo- śnieg) śpi się mając do wyboru albo stopy albo głowę utaplane w wilgoci swoich oddechów. Nawet jak już się wymyśli jakąś „suchą” pozycję np. z podkulonymi girami to i tak nie da się wytrzymać dłużej niż godzinę bo budzi cię nagle ból stawów lub partner próbujący znaleźć odpowiednią (suchą) pozycję dla siebie. To była swojego rodzaju gierka w przesypianie jak największej ilości… minut A rano pierwszą czynnością było odkopanie tego czegoś co wcześniej było namiotem bo w nocy robiło się z niego igloo. I tak 3 razy dziennie…
Każdy poza Ewą miał również dzień leżakowania – tzn leżał i dogorywał w namiocie. Grypa żołądkowa czy co…nie wiadomo
Tak miło spędzając czas, pięć dni minęło nam jak z bicza strzelił (yhm) i nagle niczym grom z jasnego nieba pojawiła się wiadomość, że… ma się poprawić pogoda < jupi >
Uradowani tą wiadomością dogadaliśmy się z poznanym wcześniej w schronisku przewodnikiem, że pójdziemy za nim i jego grupą.
|