Elbrus - relacja z wyprawy cz. 2
Wyprawy
2007-06-08
Nasze czekanie „na czekanie” mogło być w końcu nagrodzone. Jest 5 maja, wstajemy więc o 3:00 ogarniamy jedzenie, plecaki i o 5:00 z wysokości 4100 m.n.p.m. ruszamy by zdobyć nasz Elbrus (5642m.n.p.m).
Tego co działo się po godzinie od wymarszu nie da się ubrać w słowa. Stanęliśmy zamurowani widokami jakie mieliśmy przed oczyma. Spróbujcie sobie wyobrazić krainę jak z bajki. Pierwszy promień słońca, niebo mocno pomarańczowe, cała panorama najpiękniejszych szczytów Kaukazu dopiero co stworzona przez najwybitniejszych wirtuozów pędzla i ołówka na tle miliona odcieni jakie istnieją na palecie pomiędzy pomarańczem a granatem, gwiazdy, księżyc i powoli dający się zauważyć cień Elbrusa na niebie. Wierzcie mi – naprawdę nie zdziwiłbym się gdyby przede mną pojawiła się karoca z dyni ciągnięta przez malutkie myszki. Nie wiem o czym w tym czasie myśleli moi towarzysze lecz ja nigdy nie zapomnę tych kilku minut gdy tam stałem i byłem sparaliżowany … pięknem i magią tego miejsca.
Nasz przewodnik z grupą szedł nieco za wolno jak na nasze możliwości (właściwie jeżeli wolniej to musiałby się już chyba tylko czołgać) więc zostawiliśmy go czym prędzej i pognaliśmy chcąc dogonić inne osoby. Było okropnie zimno a my biedne polaczki do tego studenty, że za dobrego sprzętu nie posiadaliśmy zmarzliśmy na kość. Jak się później okazało naprawdę mocno bo nabawiliśmy się wszyscy odmrożeń na stopach i dłoniach. Wiatr zacinał cały czas w lewy policzek. Co chwile zmienialiśmy się żeby jeden drugiego chronił od wiatru i tak sunęliśmy do przodu. Najpierw było proste podejście do 4800 po śniegu (do tak zwanych Skał Pastuchowa). Od skał zaczęły się problemy. Ze zbocza na długości ok. 200 metrów totalnie wywiało śnieg. Mieliśmy istne lodowisko a Andrzej w pożyczonych rakach miał dość duże problemy z utrzymaniem się na tym twardym jak skała lodzie. Raki były po prostu tępe i tylko dzięki bardzo dobrej koordynacji i wsparciu Ali przeszedł ten odcinek. Ja niestety ze skał Pastuchowa poszedłem nieco szybciej. Było mi po prostu cholernie zimno i nie chciałem stać i marznąć. Dopiero później dowiedziałem się jaką Andrzej stoczył walkę na tym odcinku.
Później znów było prosto. Najbardziej nienormalna w świecie dróżka – taki niekończący się trawers i mijane jeden za drugim…za siódmym…za trzydziestym…cholerne trasery (kijki do oznaczania szlaku). Wiatr nie ustępował. Momentami musiałem nawet przystanąć czy przykucnąć żeby wiatr mnie nie przewrócił. Dochodząc tak do przełęczy, zacząłem również odczuwać wysokość. Ponad 5000m.n.p.m. przemawiało całkiem dosadnie do moich mięsni, mówiąc „ o nie chłopaki dziś nie poszalejecie, czas odpocząć”. W momencie gdy już przeszedłem ten katujący moją psychikę trawers i znalazłem się między wierzchołkami moim oczom ukazało się kolejne podejście o którego istnieniu nie miałem pojęcia. Nigdzie nie znaleźliśmy zdjęć tego miejsca więc myślałem, że droga już niedługo się skończy. Usiadłem wyczerpany na skałach i zacząłem obserwować w jakim tempie poruszają się inni przede mną. Niektórzy byli już w połowie kolejnego podejścia, lecz poruszali się ślimaczym tempem. Alę, Andrzeja i Ewę już dawno straciłem z oczu i byłem pewien, że zawrócili a ja zostałem sam. Kubek gorącej herbaty i Snickers postawiły mnie na nogi i z nowymi siłami ruszyłem pod górę. Obrałem swoje tempo i ku mojemu zdziwieniu przed końcem podejścia dogoniłem pierwszą dwuosobową ekipę. Jak się okazało była to para Austriaków, których wcześniej widzieliśmy w schronisku. Jak na zachodnich dupków przystało do schroniska dojechali ratrakiem i oczywiście gore-texy, skorupy, kiełbasy z konia, tytanowe noże etc. były ich kartą rozpoznawczą. Tym bardziej wymuszając nieco uśmiech na twarzy przyspieszyłem i mijając ich zapytałem tylko jak leci…nic nie odpowiedzieli…ciekawe czemu…zdobywcy od siedmiu boleści….jasny gwint.
Szczyt został zdobyty. Posiedziałem tam chwilę, zrobiłem 2 fotki telefonem i poszedłem.
Schodząc spotkałem Alę. Dowiedziałem się co się u nich działo i zacząłem podchodzić z Nią znów do góry żeby zrobić zdjęcia dla sponsora.(tylko Ala miała aparat) Niestety gdy zacząłem po raz kolejny podchodzić mocno osłabłem i dostałem lekkich zawrotów głowy- chyba motywacja już nie ta więc organizm odpuścił. Ala poszła na szczyt a ja skierowałem się w dół. Spotkałem później Andrzeja i Ewę. Zamieniliśmy kilka słów i poszliśmy w swoje strony. Na przełęczy (5400m) usiadłem i czekałem na Alę, a gdy przyszła czekaliśmy już w dwójkę na Andrzeja i Ewę. Ojej jak tam było zimno i wiało to tragedia. Koniec końców wszyscy zdobyli szczyt i spotkaliśmy się znów razem na przełęczy.
Schodząc postanowiliśmy, że ominiemy owe felerne pole lodowe, a że rankiem widzieliśmy grupę osób, która poszła na skos skracając sobie drogę, omijając Skały Pastuchowa postanowiliśmy pójść ich śladami. Niestety…to był błąd. Dziewczyny prowadziły. Idąc w pewnym momencie zatrzymałem się i powiedziałem do Andrzeja, że teraz musimy uważać bo mogą być szczeliny po czym zrobiłem krok i nagle wszystko zniknęło mi z oczu. Wpadłem calutki do szczeliny i zatrzymałem się na jakimś mostku śnieżnym. Nie miałem odwagi patrzeć pod siebie tylko raz rozejrzałem się w obie strony i nie zobaczyłem nic innego poza….pustką Na szczęście szczelina była wąska i mogłem plecami oprzeć się o jedną ściankę a stopami o drugą i tak przy pomocy czekana i Andrzeja wylazłem na powierzchnię. Ufff. Ciśnienie od razu mi się podniosło a czujność zwiększyła się tysiąc krotnie. Dziewczyny były już z przodu i poszły dalej w stronę schroniska a my z Andrzejem po meandrowaniu pomiędzy szczelinami i szukaniu innej drogi szybko spasowaliśmy i wróciliśmy się po własnych śladach do ścieżki. Była już po 18ej gdy dotarliśmy do lodowiska. Byliśmy już okropnie styrani i wypompowani.
Najpierw schodziliśmy razem, ja pierwszy a Andrew opierając się o moje plecy. Ten sposób zdawał egzamin. W pewnym momencie jednak dostrzegliśmy poręczówki, które w międzyczasie ktoś założył, więc chwytając się poręczówek zaczęliśmy schodzić dalej.
W pewnym momencie moją uwagę zwrócił dziwny odgłos. Nie zdążyłem się obrócić jak zauważyłem sunącego już z dużą prędkością Andrzeja, próbującego hamować czekanem. Niestety na takim lodzie było to niemożliwe. Z prędkością podejrzewam ok. 30km/h uderzył najpierw w największy leżący głaz w promieniu 100metrów(uderzenie było na tyle mocne, że odpadł mu but z rakiem i stuptutem oraz czekan z rękawiczką). Przeleciał przez ten kamol jak szmaciana lalka na kreskówkach, później przejechał około 10 metrów wypłaszczenia i gdy już myślałem , że się zatrzyma przeleciał przez kolejne kamienie i zsunął się z nieco bardziej stromego zbocza koleje 20 metrów.
W momencie gdy dobiegłem do Andrzeja, on już postawił sobie diagnozę i pierwsze co to powiedział, że ma złamaną kość udową i łokciową ( nie mylił się!). Na szczęście nie stracił przytomności a głowa i kręgosłup były nienaruszone. Po tym jak udało się mi posadzić dupsko Andrew na plecaku w miarę normalnej pozycji (a ze złamaną nogą i ręką na stromym zboczu nie jest to sztuka łatwa) zaczęliśmy dzwonić po pomoc. Nikt nie odbierał ani GOPR ani dziewczyny ani ambasada. Nic nie działało! Wszystko działo się już jakaś godzinkę szybkiego marszu od schroniska więc pobiegłem co sił w nogach po pomoc….i to się nazywa szczęście w nieszczęściu. Zbiegając ok. 15min od schroniska spotkałem ratowników, a gdy ratownik mnie zobaczył pytał od razu czy „żywoj?”. Wyjaśniłem co i jak i pognali na górę Cała akcja zwożenia trwała około 1,5 h więc bardzo szybko. Ratownicy, ratrak, kolejka, karetka, szpital. Tak zakończył się nasz dzień ataku szczytowego.
Kolejnego dnia ogarnęliśmy wszystkie rzeczy 4 osób do dwóch plecaków i zeszliśmy do Terskola skąd taksówką ( Wołgą – bombowe auta) dotarliśmy do szpitala, gdzie leżał Andrew. Tam był już zaznajomiony przewodnik – Wolodyja z całą ekipą, więc nasz poszkodowany nie był samotny, a nas przywitał z uśmiechem na twarzy….zresztą dalej mówi, że wyjazd był zajebisty i nigdy nie był w piękniejszym miejscu na Ziemi. A gdy ktoś go pyta czy warto było odpowiada „Rasiak!!!” co w jego rozumieniu znaczy „oczywiście ,że tak”.
Na operację nie chcieliśmy się zgodzić patrząc na stan szpitala, wnioskując po tym co opowiadał Andrzej o wiedzy lekarzy itd. Poza tym nikt nie rozmawiał w caluśkim szpitalu w żadnym obcym języku, więc aby cokolwiek wyjaśnić trzeba było się nieźle nagimnastykować. W szpitalu leżeliśmy tydzień i mieliśmy mnóstwo czasu na gadanie, analizowanie, opowiadanie. Tydzień trwała walka Andrzeja, Andrzeja rodziców, nasza, ambasady, PZK i Bóg wie kogo jeszcze żeby przetransportować naszego zdobywcę do kraju. Po tygodniu udało się – wsiedliśmy w nasz prywatny odrzutowiec który przyleciał po nas do Mineralnych Wód i po 3 godzinach pięknego lotu byliśmy we Wrocławiu – i TO w końcu było IDEALNE Dziewczyny wróciły pociągiem dzień przed nami.
W samolocie żartowaliśmy:
„następnym razem Nosek to ty sobie coś łamiesz gdy pojedziemy w kolejną podróż… jasne Andrew tylko najpierw musimy sobie coś połamać żeby tam dotrzeć…”
Marcin Nosek
Dziękujemy naszej Alma Mater za wsparcie finansowe wyprawy.
Dziękujemy również Radiu Ram za objęcie patronatu medialnego nad wyprawą „Wrocław na szczytach, Elbrus 2007” www.radioram.pl
Zapraszamy na naszą stronę internetową: www.olimp.awf.wroc.pl
< 1 >
|